image1
Na początku zamieszczę streszczenie mojej historii w wersji dla leniwych:

 

„Started from the bottom now we here”*

*Tak tak, cytuję Drake, trochę ze mnie elka raperka

Leniwi mogą śmiało tutaj zakończyć lekturę. Pozostałych z góry przepraszam za dalszą rozwlekłość.

Nie byłoby mnie tutaj, gdyby nie moje doświadczenia. Dzielę się nimi z Wami, bo myślę, że to w jakiś sposób ważne, szczególnie w kontekście tej strony.

 

Ale od początku.

 

Jednym z najwyraźniejszych wspomnień  z dzieciństwa jest epizod, w którym przeglądałam zdjęcia z wycieczki szkolnej do parku dinozaurów. Niby nic specjalnego, ale dla mnie był to moment przełomowy. Zobaczyłam zdjęcie, na którym stoję z dumnie wypiętym brzuchem, co najmniej o głowę wyższa od klasowych dryblasów. Czym prędzej usunęłam to zdjęcie, usuwając wraz z nim moją pewność siebie. Jesteś gruba i wielka, Zuza.

 

Jednak w czasach wczesnopodstawówkowych  problemów jako takich jeszcze nie miałam. Swoją niską samoocenę próbowałam zatuszować ciągając chłopaków za włosy i nosząc opaski w czaszki.

 

Prawdziwa jazda zaczęła się pod koniec szóstej klasy, tuż przed wakacjami przed gimnazjum. Postanowiłam schudnąć. Wiecie, nowa szkoła – nowa ja, te klimaty. Nie było to nic niepokojącego, wręcz przeciwnie. Miałam cudowny i zdrowy plan, który wkrótce jednak legł w gruzach.

 

I tutaj muszę się do czegoś przyznać – z mojego anorektycznego okresu nie pamiętam prawie nic. To było jak ostra impreza: na początku byłam cała nabuzowana wizją tego, co ma się dopiero wydarzyć, potem było ostro i cudownie, następnie marzyłam tylko o tym, żeby wyjść, na końcu obudziłam się na kacu, ze zniszczonym organizmem i luką w pamięci, jedyne wspomnienia miały formę zdjęć.

Właśnie, zdjęcia. W czasie choroby postanowiłam zostać blogerką modową. Tragedia, wiem, mało powiedziane. Blog dalej jest gdzieś w Internecie, nie usunęłam go po części dlatego, że nie umiem, a po części dlatego, że nie mogę. Jest to idealna dokumentacja mojej choroby. Na pierwszych postach wyglądam jak trup, na ostatnich jak świnia.

Nie mam pojęcia, jak to się stało, że z any wyszłam.  Wiem tylko, że nikt mi nie pomagał i że było to cholernie trudne. Bo ja lubiłam wyglądać jak śmierć i lubiłam, kiedy ludzie pytali mnie z troską, czy nie mam raka. Lubiłam, kiedy najmniejsze spodnie w sklepie spadały mi z tyłka (tyłek to drobne nadużycie w stosunku do tego jak to wtedy wyglądało). Coś jednak mi mówiło, że tak nie może być. Że jak tak dalej będzie to stanie się coś złego. Pamiętam, że moją recovery zaczęłam od wypicia malutkiego jogurtu pitnego, wiecie, takiego co to ma cukier i inne świństwa. Dałam radę. Byłam na siebie wściekła. Znów nie wiem, ile to dokładnie trwało, ani jak to zrobiłam. Wyszłam z any i wciąż nie było dobrze. Ze skrajności wpadłam w skrajność. Mój wycieńczony organizm zaczął domagać się chorych ilości jedzenia. Wpadłam w coś, co chyba nazywa się jedzenie kompulsywne. Potrafiłam zjeść nawet suchy makaron, byle tylko coś w siebie wepchnąć. Nie fajnie. Nie wiem ile przytyłam, ale chyba więcej niż 20kg. w bardzo krótkim czasie.

 

Tutaj warte odnotowania jest,  że właśnie się poryczałam i musiałam na chwilę przerwać pisanie.

 

Oczywiście sobie z tym nie radziłam, bo jak do cholery można sobie z czymś takim radzić? Wiadomo, próbowałam różnych diet, kosztowało mnie to kupę kasy , mnóstwo łez i kilka bezlitosnych efektów jojo. Mam beznadziejny metabolizm, nie muszę chyba tłumaczyć dlaczego. Najbardziej cierpiałam jednak psychicznie. Płakałam, kiedy tylko miałam okazję. Chciałam z powrotem tamto ciało. Ciało, które ledwo mogło zmusić się do większego wysiłku fizycznego, które reagowało na wszystko obfitym krwotokiem z nosa, które przyprawiało innych o zmartwienie.  No ale lepiej jest umierać, niż być grubym, co nie?

 

Tutaj muszę dodać, że właśnie wyłączył mi się właśnie sam z siebie komputer  i musiałam część tego bolesnego wywodu napisać po raz drugi, no #@%^@%!

 

I tak jak wcześniej, znów nie pamiętam jak to dokładnie było z tą walką o normalność. Znowu impreza, kac i luka w pamięci. No, może nie całkowita.

Część transformacji z Zuzy kompletnie załamanej swoim wyglądem do Klusi akceptującej go jednak pamiętam. Muszę tutaj podkreślić, że ja mojego ciała wcale jakoś specjalnie nie kocham (jeszcze). Moja podróż wciąż trwa, ale i tak jestem już lata świetlne od tego, co było na początku.

 

To, co potrafię sobie przypomnieć  to to, że momentem przełomowym było zrozumienie słów, które jak mantra powtarzała mi moja mama za każdym razem, kiedy krzyczałam : „ZAAABIJĘ SIĘ, NIE WIEM CO MAM ZROBIĆ, JESTEM GRUBA I BRZYDKA!!!”. Ona zawsze mi mówiła: „Zuzia, już nie wiem, co mam zrobić, to TY musisz zmienić sposób, w jaki patrzysz na siebie, bo widzisz coś innego, niż wszyscy!” Oczywiście mówiłam jej wtedy, że zmyśla, że jestem grubą świnią, a ona nie chce po prostu mnie załamać.

 

Aż w końcu sobie pomyślałam, że może coś w tym jest. Zaczęłam małymi kroczkami posuwać się do przodu. Naprawdę bardzo małymi.  Takim kroczkiem mogło być odpowiedzenie na komplement: „Dziękuję!”, zamiast krzyczeć: „Kłamiesz, nie mogę ci ufać!”. Mogło  to być zorientowanie się, że nigdy nie będę miała figury modelki (zanim doszłam do tego wniosku, musiałam odwiedzić jedną z agencji i od nich dowiedzieć się, że jestem zajebista, ale muszę schudnąć 10kg). Mogło to też być kupienie sobie bardziej obcisłej spódnicy (mam kompleks tyłka i ud, chyba największy ze wszystkich). Mogły to być rozmowy z kobietami, które głęboko gdzieś mają czy ich uda się stykają, czy nie. Mogło to być odlajkowanie wszystkich stron propagujących jeden typ sylwetki i zmienienie ich na te prowadzone przez absolutnie cudownie dziewczyny propagujące bodypositive podejście. Mogło to być założenie instagrama. Mogło to być mówienie innym, że wcale nie muszą schudnąć 5/10/15kg, żeby być pięknym. Mogło to być przestanie zmuszania się do uprawiania tych rodzajów sportu, których nie znoszę. Mogło to być stworzenie  tej strony.

 

Może to być cokolwiek zechcesz.

 

A jak jest teraz. Nie jest idealnie, o nie. Nie zmienia to faktu, że czuję się naprawdę dobrze. Działania moje nie są już dyktowana tym, jak chcę wyglądać, a tym, jak chcę się czuć. Robię po prostu to, na co aktualnie mam ochotę – może być to wycisk na siłce, wyjadanie wszystkich jogurtowych płatków z paczki nestle fitness, jedzenie lodów w wannie, jedzenie przez cały czas tylko chleba z soczystym i słodkim pomidorem, czy tańczenie do ulubionej piosenki (jednocześnie demolując wszystko, co tylko znajdzie się w moim polu rażenia. Jest fajnie.

 

„Started from the bottom now we here”*

*a walnę se klamrę kompozycyjną, w końcu jestem humanistką

 

Reklamy