Mam kryzys

sd-kopia

 

 

 

Niecały miesiąc temu skończyłam 18 lat. Kiedy tylko wrócę ze szkoły, wskakuję do łóżka i spędzam tam resztę dnia. Zazwyczaj staram się zredukować moją aktywność życiową do minimum, na sprawdziany piszę sobie ściągi. Oglądam dużo jutuba i trochę czytam. Nie mogę napisać nic sensownego, brak mi inspiracji, boję się własnych myśli, nie chcę otwierać się przed innymi. Ostatnio zepsuł mi się czajnik, więc nie mogę zrobić sobie herbaty, co znacznie obniża jakość mojego życia. Dużo myślę, zazwyczaj przed snem. Mam dosyć szkoły, jestem zmęczona. Robię mnóstwo rzeczy, które w ogóle mnie interesują i przez to nie mam czasu na przyjemności. A jeżeli już znajdę ten czas, wolę pójść spać, bo na lekcjach notorycznie zasypiam. Najbardziej irytuje mnie to, że nie mogę nic z tym zrobić, muszę dotrwać do końca i, co najgorsze, dobrze napisać maturę, bo naprawdę chcę iść na studia, chociaż pewnie nie będą one wyglądały tak, jak sobie to wyobrażam i rzucę je po roku, czy dwóch. Tak, mam kryzys… i to jest okej. Jestem pewna, że nie ja jedna go mam.

 

 

I chciałabym się zwrócić do wszystkich osób, które przechodzą przez coś podobnego.

 

Kryzys to nic złego, wręcz przeciwnie. Jeżeli czujesz się źle w swoim obecnym położeniu, to znaczy, że chcesz czegoś więcej, że jesteś ambitny, że myślisz. Nie zadowalają cię łatwe rozwiązania, wkurza cię mainstream i ogólna presja. Szukasz siebie i odpowiedniej drogi. Gubisz się, jasne, ale to chyba ciekawsze, niż korzystanie z gotowych rozwiązań.

 

Nie podoba mi się teraźniejszość, ale cieszę się na przyszłość. Ciężko pracuję (w miarę możliwości), żeby w końcu móc przestać tkwić w rutynie i znaleźć się w miejscu, w którym naprawdę chcę być. Właśnie, przez długi czas wmawiałam sobie, że chcę czegoś innego. Uważałam, że powinnam robić wielkie, szalone rzeczy, wylecieć z małym plecaczkiem i pięcioma dolarami do Azji, czy zostać wolontariuszem gdzieś w Afryce, ale wizje te mnie bardziej przerażały, niż ekscytowały. Uważałam to za bunt, ale tak naprawdę wciąż wpisywałam się w stereotyp „szalonego nastolatka”.

 

Tak naprawdę to, czego naprawdę chcę, jest zupełnie inne. Chciałabym móc w pełni poświęcić się pisaniu i prowadzeniu projektu, może nawet stworzyć drukowany magazyn. Chciałabym stale rozwijać się, spotykać inspirujących ludzi. Mieszkać z przyjaciółmi w nieco zagraconym mieszkaniu i organizować mnóstwo hummus nights. Może to nic specjalnego, ale dojście do tego zajęło mi mniej więcej 18 lat i opłaciłam to mnóstwem nieprzespanych nocy i milionem zwalonych sprawdzianów.

 

Po co w ogóle to piszę? Bo w akceptacji siebie nie chodzi tylko o to, co zewnętrzne. Często kompleksy powstają dlatego, że frustrację swoim obecnym położeniem przekładamy na ciało, bo łatwiej jest je ukarać, niż zrobić coś ze swoim życiem. Ważne jest, by odkryć, czego tak naprawdę chcemy. Nie, czego chcą od nas rodzice, znajomi, nauczyciele, eksperci od coachingu, czy innego wymysłu współczesnego świata.

 

Najbardziej kocham ludzi niezdecydowanych, błądzących, szukających. I fakt, nie łatwo takim być. Załamania, porażki i wyśmiewanie to dla nas codzienność. No ale, halo, dążymy do czegoś wielkiego – swojego wymarzonego życia. I każdemu roztrzepanemu marzycielowi życzę, żeby w końcu je osiągnął, albo przynajmniej czerpał radość i lekcje z przebywanej drogi.

 

xxx

 

 

 

xx

 

 

 

tekst i kolaż by Zuza @kobietybezdiety

Reklamy