o łapaniu za tyłek

13106032_1062812397123302_526510645_o

 

Słowo ‘całować’, które umieściłam na kolażu jest słowem pięknym i raczej w klubach niespotykanym. O wiele częściej słyszę: przelizać się, zjeść się i – mój absolutny faworyt wszech czasów – polecieć w ślimaka.

 

Do klubów nie chodzę jakoś specjalnie często. Nie mogę jednak zgrywać świętoszki i nie przyznać, że alkohol, dudniące basy, spocone ciała i zgubione szpilki ani trochę mnie nie kręcą. W zasadzie to uważam te wszystkie imprezowe atrybuty za naprawdę fajne, lecz zawsze stanowią one tylko tło i marne uzupełnienie prawdziwego sensu i celu weekendowych (czy nawet w ekstremalnych sytuacjach środkowo tygodniowych) pląsów. Z moich bacznych, choć często rozmazanych obserwacji wynika, że sensem tym jest jak najszybsze znalezienie partnera/partnerki, do którego można się przyssać i nie puszczać dopóki na horyzoncie nie pojawi się nowa ofiara, albo zabraknie nam tchu (no, ewentualnie nie poczujemy, że musimy zwymiotować).

I wiecie co? Niesamowicie mnie to wkurza.

Wkurza mnie to, bo nie mogę swobodnie wyjść na parkiet i potańczyć bez permanentnego strachu, że w bezpośrednim sąsiedztwie mojej twarzy znajdą się nieznajome usta śmierdzące wódką. Mogę też wpaść między jakąś obślinioną parkę, co wcale nie jest fajniejsze. Co więcej, nawet jeżeli uda mi się znaleźć kawałek parkietu chwilowo nie oblężony przez napalonych nastolatków, czuję się niekomfortowo tańcząc z grupą przyjaciół, z którymi naprawdę chcę spędzić czas. Przysięgam, mam wtedy wrażenie, że jestem gorsza od tych wszystkich przyssanych i obmacywanych dziewczyn. Tak jakby moją wartość miało definiować to, czy ktoś aktualnie nie jest zainteresowany poleceniem ze mną w ślimaka (fuj!). Cholera, jak mogę nawet przez chwilę tak myśleć?! Teraz, kiedy to piszę, wydaje mi się to najgłupszą z głupich myśli, lecz nie mogę udawać, że nigdy nie pojawia się ona w mojej głowie. Ludzie, którzy mieli okazję ze mną imprezować potwierdzą, że przydarzają mi się ‘imprezowe załamania’, kiedy to myśli tego typu totalnie przejmują nade mną kontrolę, w wyniku czego zamykam się w łazience lub uciekam do lasu (tak, robiłam już tak:)) i ryczę dopóki mi nie przejdzie i uznam, że mogę tańczyć dalej. Dlatego nie lubię imprez. Nie przeszkadzają mi wszechobecne wymiociny, gubione buty, czy chamscy ochroniarze. Przeszkadza mi tylko ta jedna myśl idiotyczna jak żadna inna. Zamiast lawirować pomiędzy pijanymi ustami, wolę więc zostać w domu i trochę pomyśleć o własnej wartości (czasami robię to przy muzyce klubowej, żeby nie czuć się jakoś specjalnie poszkodowana). Poczucie bycie docenioną można czerpać nie tylko z imprezowych podbojów. Można je znaleźć praktycznie wszędzie –  w nowym komentarzu na blogu czy instagramie, śmiechu Twoich przyjaciół kiedy opowiesz najlepszy żart w swoim życiu, podziwie innych kiedy mówisz, że tak, naprawdę masz jakieś hobby, drobnym komplemencie (chociażby od ohydnego wujka), wdzięcznym mruczeniu kota, napisie LEVEL UP na ekranie komputera, no, w czymkolwiek. Uwielbiam sobie mówić: “Kurcze, jestem zajebista, bo robię to, to i to! Bosko mi to czy tamto wychodzi!” To nie jest jakaś sztuczna mantra, bo takowych nie lubię. Bezmyślne powtarzanie słów w stylu jesteś piękna jesteśpięknajesteśpięknajesteśpię… przed lustrem moim zdaniem nie daje nic, bo powtarzamy coś, w co być może nie wierzymy. Efekty przynieść może tylko chwalenie się za coś, co faktycznie robimy i robimy to świetnie. Ale wracając do tematu. Bycie odciętym od tej całej klubowo-domówkowej presji pomaga w zorientowaniu się, która część Ciebie jest naprawdę Twoja, a którą strwożyłaś na potrzeby innych. Daje kopa do całkowitego pogrążenia się w czymś, co Cię naprawdę kręci (wynikiem tego jest na przykład ten blog!), próbowania nowych rzeczy, które pozwolą Ci stać się jeszcze bardziej Tobą, skupiania się na tym, co sprawia, że to Ty czujesz się spełniona. I co najważniejsze – pozwala się zorientować, że masz przeogromną wartość, nawet jeżeli w klubie nikt nie łapie Cię za tyłek.

Reklamy